Manowce wizerunku

15 czerwca 2006

Nawet najlepiej zaprojektowane logo, jako podstawa budowania wizerunku, nie działa w próżni. Bez wsparcia w postaci prawidłowego używania go w różnych sytuacjach po kulturę obsługi klienta jest tylko bytem graficznym. samym w sobie. Zakodowany w nim przekaz pozostaje ukryty dla klienta. Porównując to do samochodu – zakup najpiękniejszego samochodu to krok pierwszy, drugim jest jego używanie dla własnej wygody a i bezsprzecznie podzielenia się radością posiadania z bliźnimi, również w celu wzbudzenia zazdrości. Taki samochód postawiony w garażu nie istnieje dla otoczenia i co najwyżej możemy go kontemplować osobiście. Znak musi funkcjonować, docierać do klientów, otwierać zakodowane przesłania o naszym profesjonalizmie, nowoczesności czy branży. Musi docierać w sposób przejrzysty ułatwiając zapamiętanie.

Sam projekt znaku dla firmy nie jest w tejże firmie, wielekroć, najbardziej priorytetowym wydatkiem, a zatem i fundusze na niego przeznaczone bywają okrojone na tyle by wystarczyło na zamówienie u grafika samego logo. Oszczędność na projektowaniu papeterii czy Podstawowej Księgi Znaku wydaje się oczywista. Czy aby na pewno? Z perspektywy krótkoterminowej i przy założeniu „jakoś sobie poradzimy sami” bezsprzecznie tak. Do momentu wprowadzania znaku na rynek takie myślenie oparte na liczeniu pozornej oszczędności ma nawet rację bytu. Przychodzi jednak moment gdy znak zaczyna funkcjonować na zewnątrz i powinien wspierać nasze dążenia do zbudowania w świadomości klientów dobrego wizerunku naszej firmy. Moment ważny bo mający przynieść nam profity w postaci zwiększenia sprzedaży, ilości pozyskanych zleceń czy uzyskania przewagi nad konkurencją.

Paweł Tkaczyk w swoim artykule „głębia marki”, http://paweltkaczyk.midea.pl/541/#more-541 , określa cechy jakie musi ona spełnić, by zaistnieć w długotrwałej relacji z klientem. Ja dodałbym, że aby osiągnąć jakąkolwiek głębię trzeba prawidłowo tę markę/logo wprowadzić w obieg. Porównanie z nurkowaniem w wodzie nasuwa się tu samo. Nikt nie zaprzeczy, że aby nurkować, w sensie rzeczywistym, trzeba nauczyć się pływać. Najpierw trzeba opanować powierzchnię a w następnych etapach stopniowo pokonywać coraz większe głębokości, adaptując się do coraz większego ciśnienia wody. Rynek konkurencyjny zaoferuje nam takie właśnie ciśnienie wraz z naszym wzrostem, a więc i powiększaniem się zagrożenia z naszej strony. Stawiając pierwsze kroki, ucząc się pływać, narażeni jesteśmy na problemy o tyle istotne, że mające wpływ na dalsze nurkowanie w biznesie, późniejszą możliwość osiągania tej głębi, o której pisze Tkaczyk lub jej nieosiągania. W końcu naukę pływania też można zakończyć po pierwszym przytopieniu i dać sobie święty spokój.

Takim pierwszym krokiem w tej nauce pływania, badaniem, oswajaniem się i opanowaniem powierzchni wody jest tworzona samodzielnie wizytówka firmowa z logo. I tu następuje niezauważalny moment krytyczny. Prawidłowość stawiania tych pierwszych kroków. Od tej prawidłowości zależy to, co będzie następowało później – spokojny, równy marsz, lub tylko niemrawe kuśtykanie.

Ta prawidłowość pierwszych kroków, w wypadku logo, to właściwe proporcje naszego znaku, właściwe światła wokół niego /pusta przestrzeń/ czyli wyeksponowanie go w jak najlepszy sposób, mogący wspomóc jego zakodowanie w świadomości oglądającego. Nie idzie tu o maksymalizację wielkości samego logo, a o wyróżnienie go w przestrzeni tejże wizytówki, by przykuwał uwagę, zachowując jednocześnie pierwszeństwo w hierarchii informacji występującej wspólnie z nim. Nie narzucał się, ale i nie gubił w tle. By nadmiar tejże informacji nie przytłaczał go i nie marginalizował. Wszelkie „efekty specjalne” jak kolor tła, tłoczenia, dodatkowe elementy graficzne spełniające rolę ozdobników, ozdobność kroju pisma, czy wreszcie wielość użytych krojów mają to do siebie, że stanowią większą lub mniejszą konkurencję dla znaku W skrajnym przypadku nagromadzenia takich „konkurentów do pierwszeństwa” w naszym postrzeganiu powoduje, że logo jest na wizytówce, ale… go nie ma. Informacja jest, ale to co istotne trzeba wyłuskiwać z zacięciem archeologa, odkopując kolejne warstwy. Warto więc pamiętać, zabierając się za samodzielne opracowanie takiej wizytówki czy papieru, o stosowaniu prostej zasady „im mniej, tym lepiej”.

Wspomniana wyżej zasada dotyczy tak wizualnej strony projektu, jak i ilości serwowanych informacji. Jest takie powiedzenie „papier wszystko zniesie”. Papier tak, klient nie. Prosta wzrokowo wizytówka, na gładkim tle, z jasną hierarchią ustawienia wszystkich elementów według ich ważności, z ograniczonymi do niezbędnego minimum danymi teleadresowymi, daje jasny i klarowny przekaz informacyjny zarazem podkreślając nasze logo i ułatwiając jego zapamiętanie wraz z danymi adresowymi. Ta sama wizytówka wydrukowana na wielokolorowym tle, niedopasowanym do kolorystyki znaku, zabawą krojami pisma, mnogością przekazu informacyjnego /adres, wszystkie możliwe telefony, faksy, regony, nip, a nawet kont bankowe/ staje się nieczytelnym, niespójnym zbiorem różnych przekazów bez żadnej hierarchii ważności, trudnym do wzrokowego ogarnięcia, szybkie dotarcie do podstawowej informacji sprawia problem. Taka wizytówka wywołuje nieprzyjemne wrażenie bałaganu i nieprofesjonalizmu, a o prawidłowym odbiorze znaku, i pośrednio jego zapamiętaniu, mowy nie ma. Zaczyna być naszą antyreklamą.

Teoretyczny p. Kowalski mniej więcej wie jak ubrać się na spotkanie biznesowe, jak dobrać garnitur, koszule, krawat itp.by stanowiły przyjemną dla oka całość. Tenże p. Kowalski nigdy nie wpadłby na pomysł zawiązania, na taką okazję, krawatu powiedzmy „z zajączkami”. Jednocześnie nie przeszkadza mu jego firmowa wizytówka na której tych „zajączków” całe stado. Wie że wygląd i pierwsze wrażenie są istotne odnosi to jednak wyłącznie do własnej osoby. Zgoda, to jest ważne. Ważne też by to dobre wrażenie utrwalić dobrą wizytówką, pośrednio dobrym podaniem znaku firmy a w efekcie dobrym zapamiętaniem i skojarzeniem przez klienta czy kontrahenta.

Przesadzam? Nie sądzę. Czy oznacza to konieczność korzystania zawsze z usług grafika profesjonalisty? Niekoniecznie. Wystarczy nie traktować opisanej wizytówki, papieru czy innego akcydensu firmowego, jako pola doświadczeń artystycznych a jako dobry przekaźnik informacji. Istotnych i czytelnych informacji. Wystarczy zachować umiar mając na uwadze nadrzędność tejże informacji.

Niedawno wydawnictwo One Press wydało interesującą książkę „Profesjonalne tworzenie materiałów reklamowych” Johna McWade’a. Świetnie wydana i bogato ilustrowana przykładami na pewno będzie stanowić nieocenioną pomoc. Rzecz naprawdę warta polecenia, tym bardziej że obfitości w tym temacie raczej nie ma, poprzednia „perełka” – Grafika w biznesie, należy raczej do kategorii „dezinformacja i pomieszanie” i lepiej omijać ją wielkim łukiem. Tę najnowszą pozycję polecam szczególnie prowadzącym jednoosobowo działalność biznesową a jednocześnie zainteresowanym projektowaniem we własnym zakresie elementów wizerunku firmy. Przyda się też zdecydowanym na współpracę z grafikiem – ułatwi porozumienie. Koniecznie przeczytajcie wstęp. Pozycję można nabyć w księgarni firmowej http://onepress.pl/ksiazki/matrek.htm


Salomon:

Łatwo powiedzieć – skomentować. Autor niestety nie zostawił żadnej nawet najmniejszej uchylonej furteczki, żednej choć odrobinę kontrowersyjnej tezy. Tylko oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Zastanawiające jedynie może być potrzeba pisania o tych żelaznych kanonach dzisiaj – przecież nie jest to esencja wiedzy na temat kreowania poprawnego wizerunku uwzględniająca ostatnie 10 czy 20 lat. Te kanony wykuto znacznie wcześniej a pewne elementy w nim stosowane jak np zasady kompozycji, czy całe nasze poczucie piękna zawdzięczamy starożytnym grekom.
Podejrzewam, że powód jest jeden – niestety nie jest to wiedza powszechna…
Leszek Salomon

*imię

*e-mail

strona

napisz komentarz

*
 
    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy