Nadmiar szczęścia czyli plakaty i ulotki

6 czerwca 2006

Dookoła narasta jazgot koloru, zalewa wszechkolorowa reklama wszystkiego wszędzie i na wszystkim, o wszystkiej porze. Z podstawowych czterech /cmyk/ lub trzech kolorów /rgb/ twórcy wyciągają co się da, a nawet więcej. Z ogromem wysiłku umysłowego i talentu /czasami niekoniecznie i w ogóle / tworzą swoje dzieła i… no i właśnie, samo się nasuwa pytanie – po co i dla kogo?

Idę ulicą wzdłuż której stoi, jak za dawnych dobrych czasów, hektar parkanu. Dla pamietających dłużej takim salonem plakatu było kiedyś, przez długie lata, ogrodzenie wokół słynnej budowy błekitnego wieżowca, na obecnym placu Bankowym w Warszawie. Taka galeria dla mas z fantastycznymi perełkami dizajnu naszej nieocenionej szkoły plakatu. Eh, czasem lepiej nie wspominać… szczególnie, że nasuwa to skojarzenia i porównania. Płot jak tamten dużopowierzchniowy. Jak tamten oblepione toto od dechy do dechy i po horyzont. Ogarniam coraz nowe połacie wzrokiem i próbuję na czymś zawiesić choćby jedno oko, no niech mnie coś zaskoczy, zastanowi, zaintryguje… NIC, zero, null. Zlewająca się masa, fajerwerk koloru, tęcza… brak punktu zaczepienia.. i nagle, na samym końcu JEST. Zaskoczenie. To nie żaden wymuskany, amerykańskopodobny w bezmyśleniu, za ciężkie pieniądze, plakat super agencji, zwykły wklej szabloniarza. Rewelacyjny. Skrót myślowy, humor, asceza i… brak koloru. Przewrotnie konkluduje sobie, że w tym akurat przypadku, pomijając swawolną chęć naprawiania świata autora, skromność środków zrekompensowana została myśleniem. Mała firma marzy o superbudżecie reklamowym i powiela banalne wzorce rodem z bezmyślowa. ładne, bajeranckie i puste w przekazie, ale takie ma konkurent, takie dostaje do skrzynki i na ulicach. Zero myslenia czy to choćby skuteczne.

Na rondzie w centralnym punkcie Warszawy, róg Marszałkowskiej i Alej, przy wejściach do podziemi, codziennie stoją podawacze druków reklamowych zwanych ulotkami. Kiedyś umówiłem się tam z córką, na przekąszenie w pobliskim fastfudzie. Ania utknęła w jakimś korku, grzeczne dziecko informowało na bieżąco, przez komórkę, stan zakorkowania i przewidywany czas spóźnienia, ja kontemplowałem osobliwy widok. Misterium Ulotkowe. Ludzie przechodzili, dostawali ulotkę, ciskali od razu, albo po 2 metrach, i tak na okrągło, jak w trybikach sprawnego zegara. Tik, tak, tik, tak. Podawacze dzielili się jednak wyrażnie na dwie kategorie – ambitnych i realistów. Ambitni próbowali dorwać każdego wychodzącego z podziemnego przejścia i wlepić mu te swoje papierowe szczęście, realiści zajęli pozycje strategiczne – przy koszach na śmieci. Bo ulotki wciskane do rąk tam właśnie, w 99%, lądowały. Ambitni widać tego jeszcze nie załapali, więc mieli dodatkową robotę – zbierali, między rozdawaniem, te porzucone na chodnik i odnosili grzecznie do śmietnika. Podawaczy rozumiem, boć to ich praca i zarobek.

Choć i w tym podawaczowym temacie bywają innowatorzy. Miejsce – warszawska Praga, skrzyżowanie przy „śpiących” czyli koło dworca wileńskiego.Czas – środek dnia. Akcja – podawacz pod zegarem krąży w dziwnym cyklicznym rytmie. Pokonuje 4 m przestrzeń między dwoma koszami i rozdaje. Rusza spod kosza A trzymając ulotki swobodnie, nie wciska, nie nalega, pokonując odległość do kosza B, rozdał 3 ulotki. Staje przy koszu odlicza skrzętnie 3×2=6 i .. bach do kosza. Powrót do punktu A, rozdane 4 ulotki, 4×2=8 i bach do kosza. Wokół czyściutko, nic nie zalega. Spokojna praca.

Nurtuje mnie jednak myśl a propos – czy firmy, które wyłożyły kasę na te śmieci zwane ulotkami zastanowiły się po co to robią, dla kogo i jaki z tego pożytek dla nich (zwrot w postaci klienta). Może to owczy pęd „bo inni tak robią”, może magiczne myślenie „byle jak najwięcej” a może po prostu nikt nie zadaje sobie trudu zmonitorowania własnej akcji,policzenia i wyciągniecia wniosków, nie powtarzania błędów w przyszłości, niewyrzucania kasy za okno, na róg Marszałkowskiej i Alej.


Salomon:

No cóż, czytając ten artykuł naszła mnie tak złośliwa satysfakcja: "no proszę stolica, metropolia, a widok ten sam jak u mnie za oknem w Bełchatowie" :) Tak się składa że nie byłem w stolicy od niepamiętnych czasów a teraz też jakoś nie widze powodu…
Teraz serio, jeśli chodzi o sam artykuł – nic dodać nic ująć taki jest stan obecny i przyznam, że niejednokrotnie dumałem nad przyczynami. No właśnie trochę inaczej niż autor poszukiwałbym przyczyn. To czego oczekuje firma po działaniach reklamowych dla mnie jest troszkę skutkiem ich dotychczasowych kontaktów z agencjami reklamy. Klient zleceniodawca jest z łatwością reformowalny – wystarczy wskazać mu pewne mechanizmy i zależności i on to zrozumie w mig bo to są jego pieniądze. Niereformowalne jak narazie okazały się za to agencje reklamy. Króluje prosty przepis na agencję: maszyna+maszyna+maszyna+maszyna+maszyna+informatyk = reklama. I to jak się okazuje jest wszechobecne w tym kraju. O kształcie plakatu, ulotki decydują genialnie uzdolnieni….informatycy. A nasza szkoła plakatu?…czy my aby za wiele nie wymagamy od tych informatyków?
Trochę pewnie przerysowałem ale chyba nie tak znowu mocno…
Leszek Salomon

Przyziemie nad chmurami,:

Leszku, "zjadłeś mi temat" o agencjach reklamowych, ale wróce do tego, na pewno.

Salomon:

Ja go ledwie liznąłem Andrzeju :)

hADeSik:

Na szczęście nie wszystkie firmy myślą w taki sposób i nie wszyscy informatycy robią plakaty :-D

PS: No proszę, kto by pomyślał, że ten świat taki mały i że Wy się znacie ;-)

Salomon:

Ja celowo przerysowałem i racja Hadesik – nie wszyscy, (bo przecież ja i Ty nie:D) ale w Twoim komentarzu wyczuwam nieme potwierdzenie tej tezy. A może się mylę?
Że świat jest mały wiadomo już od dawna – znamy się zastąpiłbym słowem: poznajemy się :) ale okazuje się (przynajmniej tak mi wynika i z tego się cieszę)….że mamy wspólnych znajomych???

*imię

*e-mail

strona

napisz komentarz

*
 
    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy