Wrzeszczące szyldy reklamowe

8 czerwca 2006

Obserwuję ciekawe zjawisko dbania o „wizerunek firmy”, a właściwie „widzialność firmy” poprzez szyld reklamowy. Każdy kolejny szyld na biurowcu, reklamujący nową firmę, musi być 1. większy niż pozostałe, 2. bardziej krzykliwy w kolorze. Syndrom ten występuje na ogół na biurowcach, w których administracja zajmuje się liczeniem kasy za m2, dbałość o estetykę mając w głębokim poważaniu. Przekaz, jaki niesie taka koszmarna szyldziastość, to jeden wielki wrzask, więc kto by tego słuchał. I tu pojawia się smaczek do tej krzykliwości, bezładnej, nieczytelnej i wielokrotść kompletnie bezsensownej. Otóż przy wejściu do budynku niejednokrotnie brak jakiejkolwiek informacji, choćby małej tabliczki, bywa że i w holu nie ma nic, poza portierem.

Osobnym tematem jest wykonanie tychże „szyldów reklamowych”, praktycznie można się tu zapoznać ze wszelkimi dostępnymi aktualnie na rynku materiałami i technikami. Nieudolność za to kompozycji jest porażająca w równie wielkim stopniu, jak ich krzykliwość. Inwencja jaką przejawia firma, w umieszczeniu takiego potworka na frontonie budynku wprawia czasem w zdumienie – wąska uliczka z wąskimi chodnikami, 4 piętrowa kamienica/biurowiec – człowiek idący chodnikiem nie zadziera głowy, bo i po co, patrzy pod nogi by ich nie połamać na chodniku przypominającym ser szwajcarski. Szyld wisi na wysokości 2-3 piętra, jaka szansa na zobaczenie go przez potencjalnego klienta? Prawie zerowa. No to po co toto wisi? szpecąc i tak nie najpiękniejszą w końcu fasadę.

Trzeba trafu parę ulic dalej miłe zaskoczenie – chodnik równiutki, wysprzątany, odnowiony fronton, przy bramie biurowca w starej, jak tamta kamienicy, przejrzysty, ujednolicony, w formie wizytówek firmowych, panel informacyjny. Na wysokości mojego wzroku. Nikt nie krzyczy, nie ściga się wielkościami i kakofonią koloru. Pełny, czytelny przekaz informacyjny.

Każdy taki fronton biurowca to miejsce budowania wizerunku firmy, tak w nim rezydującej, jak i zarządzającej. O ile te pierwsze robią co mogą, i na co je stać, aby się pokazać, o tyle zarządcy wielokroć zapominają co o ich firmie taki fronton świadczy. A co tam się przejmować, zawsze się znajdzie ktoś , kto chce wynająć. Fakt, jedni szukają lokalu „bo dobra ulica” i to wystarczy, ale też coraz więcej firm, szukających dobrej lokalizacji, oprócz samej lokalizacji zwraca pilną uwagę na „otoczenie” i dbałość o nie. Nie zdecydują się zapewne na szpetotę, niechlujstwo, bałagan czy dziury w chodniku przed przyszłą siedzibą.

Reklamowy wrzask to nie jest domena wielkiego miasta wbrew pozorom. Przykładem małe podwarszawskie firmy usługowe, siedzące na własnym i np. sprzedające dachówki, zatrzęsienie tego. Standardzik – maleńkie działki, z małym biurem i większą od niego, typową prezentacją rodzajów dachówki, w formie gotowego dachu. Już samo to plus, powiedzmy, reklama firmy X starczyłoby. Aliści ich właściciele, w bardzo dużej części, mają święte przekonanie iż należy stosować zasadę „im więcej tym lepiej”. Płot upstrzony banerami od a do z, i z powrotem. Tablice stojące,wiszące, powiewające, a i obrotowe bywają. Nawet duży bilboard się czasem zmieści, w poprzek, na krzyż albo na wspak, jak kto chce. Nie może się zmarnować żadna powierzchnia to i wykorzystany każdy centymetr malusich ścian zewnętrznych klitki-biura. Brakuje tylko „nad” – dla tych co latają. Zareklamowanie całkowite. Wszyscy dostawcy wymienieni, wszystkie rodzaje omówione, nazwy, marki, hasła i podziękowania dla dziadka. Wielość którą można obdzielić spore miasteczko zgromadzona w jednym miejscu. Wrzask aż uszy bolą, oczy bolą od oczopląsu z migotaniem. Czy to konieczne? Bardziej przyciąga i zachęca do skorzystania z zakupu? Nie, tylko właściciel o tym nie wie. Nie podejrzewam aby producenci płacili im wszystkim za te swoje reklamy, może jednak płacą, ale za mało i dopiero masa robi dochód wart tyle, by się nad tym nie zastanawiać? Tylko jaki interes miałyby firmy w płaceniu za reklamę w takim wrzaskowisku? płacenie za niezauważenie w tłumie? A może to moda, rywalizacja – kto ma więcej reklamy na m2?

W obu wypadkach jedynym realnym zyskiem, jest zysk wykonawcy szyldu reklamowego. Klient, ten potencjalny i realny też, nie lubi jak na niego wrzeszczą.


Salomon:

Totalny brak czasu ale wrzucę swoje trzy grosze…Tak dzisiaj poznajemy szyld po tym że budynek jest częścią jego konstrukcji i być może chwila kiedy najpierw postawi się szyld by potem dostawić budynek (korzystając z soildnej konstrukcji szyldu) jest bliska. Może paradoksalnie właśnie wtedy ktoś zadba, (architekt) by jedno z drugim stanowiło harmonijną całość. Gigantomania? a może brak projektantów zajętych ostatnio mocno twórczością literacką?… A może to pomieszanie pojęć – bo nic już nie jest tym czym powinno. Może brak zrozumienia funkcji szyldu a patrząc dalej plakatu, afisza, ulotki, wizytówki. Mam pewną teorię na ten temat ale o tym troszkę później…
Leszek Salomon

Przyziemie nad chmurami,:

Nie sądzę aby można to było brakiem projektanta-grafika, jest ich w kraju dostatecznie dużo. Mam wrażenie, że to, wspomniany przez ciebie w innym komentarzu, "syndrom agencji reklamowej"

Salomon:

Oczywiście z grafikiem literatem to był żart – miałem na myśli siebie – ostatnio sporo toczę tego rodzaju dyskusji – ale nie tylko siebie… Autor jak na razie omija starannie ostateczną diagnozę tej choroby być może trzyma ją w zanadrzu na potem. No to ja spróbuję… Tak, dla mnie owa "krzykliwość" wynika z tego samego mechanizmu nazwanego już przez autora "syndromem agencji reklamowej" a opisywanym przeze mnie w poprzednim komentarzu. Tam dokonałem jednak sporego uproszczenia przypisując cały kształt polskiej reklamy (powiatowej powiedzmy, bo tą znam)inwencji informatyków. Chyba nie jest tak do końca. Tak naprawdę kształtują ją zleceniodawcy, informatycy zaś są jedynie przedłużeniem i odpowiednim uzbrojeniem ręki tego zleceniodawcy. Jak do tego doszło – przyznaję nie wiem ale można to zrelacjonować następująco: to co widzimy wokół to tak naprawdę jest wyobrażeniem naszych zleceniodawców nt. jak powinna wyglądać reklama. Jak tak na to spojrzeć no to nie jast jeszcze tak źle… nieprawda? To właściwie nie zmienia tego syndromu – agencje w dalszym ciągu obywają się bez grafików, System nieźle funkcjonuje (są obroty w reklamie) bo zleceniodawcom jakoś tak niezręcznie jest przyznać, że to co sami wymyślili może nie działać, być pozbawione smaku czy być niezgodne z pewnymi regułami o których przecież nie muszą mieć pojęcia.
Przyczyna tego stanu oczywiście (według mnie)tkwi w samych agencjach
Tam po prostu nie ma tej wiedzy i nie ma samych grafików.
– kto wie może właśnie przyjęły optymalne rozwiązanie – jeżeli twórcą zostanie sam zleceniodawca no to grafik , plastyk, artysta, już nie jest niezbędny, no bo przecież wiadomo, że informatyk jest trwale zrośnięty z maszyną być musi i tu oszczędzić się nie da. Pracuję już w zawodzie dosyć długo i to co przedstawiam wiem raczej z własnego doświadczenia. Niejednokrotnie już obserwowałem autentyczne zdumienie na twarzach zleceniodawców którzy po latach takiej współpracy z agencją z "syndromem" przypadkiem trafiali pod moje drzwi. Zazwyczaj zostają z entuzjazmem odkrywając wszystko na nowo, czasem jednak zwyczajnie niedowierzają – są obarczeni syndromem…

*imię

*e-mail

strona

napisz komentarz

*
 
    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy