kradną = doceniają?

12 lipca 2015

Mam takie znaki w swoim portfolio, które co i rusz ktoś sobie „pożycza”. Tak po prostu bierze, jak swoje i po małej przeróbce, albo i bez, prezentuje jako własne dzieło. Ale nie jest to jedynie tak zwany Pan Grafik, biorący oczywiście stosowne honorarium za „swoją pracę” i chwalący się jeszcze tym „dziełem” w portfolio. Bywają też Panowie Przedsiębiorcy, a właściwie przedsiębiorczy, oszczędni nad wyraz, żeby nie powiedzieć sknerusy. Po co płacić. CtrlC + CtrlV i mamy własny znak firmowy, jak ta lala. Mamy zatem klasyczny plagiat, a plagiat  = kradzież, na co jest stosowny paragraf w Kodeksie Karnym i Prawie Autorskim

Dwa moje znaki cieszą się szczególnym wzięciem.

Euroinvestment i Lublin, dwa najczęściej kradzione moje znaki

Jeden znak, zaprojektowany został dla firmy Euroinvestment, kradziono 5 razy. Drugi, projekt znaku promocyjnego Lublina, robiony na konkurs, aż 7 razy. Niektóre moje boje z kradaczami opisywałem na blogu, wystarczy zajrzeć tu.

Słyszy się przy takich okazjach stwierdzenie „kradną? to znaczy, że doceniają”. No fakt, można by to uznać za jakąś formę docenienia mojej pracy. Można by, tak jak można by owo stwierdzenie zastosować z powodzeniem zaserwować okradzionemu z samochodu, że niby doceniono jego gust i wybór takiego właśnie samochodu. Spróbujcie zaryzykować i palnąć coś takiego okradzionemu, ale na własne ryzyko zaznaczam.

O co mi zatem chodzi? Ano jakoś dziwnie i z dużą dozą pobłażania, a nawet swoistym przyzwoleniem, traktujemy kradzież własności intelektualnej, nazywanej niematerialną, w przeciwieństwie do kradzieży rzeczy materialnych. Jakby jedno nie miało właściciela, było niczyje choć go ma (twórca albo właściciel znaku), a drugie miało. A co za tym idzie jedno można a drugiego nie wolno, brać.


Aspagio:

Na fejsa czasem pożyczają, żeby obsobaczyć albo obśmiać. I nikt nie protestuje, nikt nie krzyczy o kradzieży, więc myślą, że tak sobie można brać.
A potem to przekładają na inne pola, bo przecież skoro na fejsie można, to czemu nie na własnej stronie? Albo wizytówce.

Jeślibym więc szukał rozwiązania, to należałoby zawsze podnosić larum, gdy ktoś cudzą pracą szermuje bez uzasadnienia. Wtedy też cwaniacy na cudzym żerujący nauczą się, że nie można ot tak brać, bo w internecie wisi.

Zaznaczyć jednak muszę, że się nie znam, więc się wypowiedziałem.

Aspagio, mam wrażenie, że nie zauważasz kompletnie różnicy w mówieniu/pisaniu o znaku i prezentowaniu go przy okazji, a posługiwaniu się nim jako swoim dziełem/znakiem firmowym. Ogromnej różnicy. Czym innym jest, na przykładzie samochody, omawianie zalet/wad samochodu i prezentowanie go jednocześnie na fotce, a czym innym „pożyczenie go sobie” do jeżdżenia realnie. Pisać o znaku i przy okazji prezentować możesz. Posługiwać się nim jako własnym znakiem nie. Nie możesz także cudzej pracy podpisywać swoim nazwiskiem, jako jej autora.

Aspagio:

Ależ oczywiście, że zauważam różnicę i ją doskonale rozumiem.

Sek w tym, że Ty piszesz o ludziach, którzy tę różnicę, kolokwialnie mówiąc, mają w dupie.

Blogerka, która bezceremionialnie wrzuca cudze zdjęcia na fejsie, kontynuuje swoją działalność, biorąc ukradzione zdjęcia do wpisów na blogu.

Niemalże już kultowe „źródło zdjęć: internet”, na którym opierają swoją działalność mniejsze i większe portale.

A przeciętny Kowalski widzi, że tak można, i stosuje tę samą taktykę. Tyle, że do wszystkiego co wpadnie mu w ręce.

Bo skoro tamci są bezkarni, to on też myśli, że będzie. I zwykle jest bezkarny.

Bo ten wpis na blogu zauważy kilka osób, a przejmie się nim jeszcze mniej.

dobrze, że zauważasz :) Kropla drąży skałę.

*imię

*e-mail

strona

napisz komentarz

*
 
    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy