Muzeum Sztuki Nuwoczesnej

2 lutego 2009


Identyfikacja dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, autor  Ludovic Balland /Szwajcaria/

Tym razem posłużę się cudzym tekstem, bo w pełni się z nim zgadzam:

Adam Twardoch, typograf, krotlarz

Świętym prawem każdego autora jest mieć przeświadczenie o własnej kompetencji. Samoakceptacja to rzecz zupełnie naturalna i zdrowa. Bolland dostał zadanie, które wykonał jak umiał. To, że umiał słabo, nie jest jego winą — natomiast to, że mimo to projekt ten został przyjęty, już owszem.

A z projektem Muzeum Sztuki Nowoczesnej to historia jest najpewniej typowo polska:

Bolland zrobił rok temu identyfikację wizualną piątego berlińskiego biennale sztuki nowoczesnej:
bb5.berlinbiennial.de/

Przyjechali Polacy, obejrzeli i stwierdzili, że też by chcieli, żeby to „tak było zrobione”. No to Bolland sklonował koncepcję i zamiast jednego projektu miał już dwa.

Można by Bollanda cenić za pomysłowość, bo identyfikacja berlińskiego biennale była faktycznie oryginalna — ale swoim projektem dla muzeum udowodnił, że dobre pomysły miewa rzadko, a klonuje sam siebie chętnie.

Można by Bollanda cenić za odwagę, bo identyfikacja berlińskiego biennale przełamywała różne tabu — gdyby nie to, że podczas wykładu, na którym omawiał tę identyfikację, sprytnie wmontował w swoją prezentację Wolfganga Weingarta w ten sposób, że tylko uważny słuchacz mógł się zorientować, że Weingart w zasadzie całkowicie odrzuca sposób, w jaki Bolland zaprojektował tę identyfikację. Widać było jednak, że Bolland lubi się podpierać cudzym autorytetem, uciekając się nawet do manipulacji.

Z pewnością nie można Bollanda cenić za precyzję czy perfekcję wykonania. Wklejenie do fontu z krojem Akzidenz Grotesk znaków pochodzących z fontu z pismem z polskich tablic drogowych trudno uznać za „zaprojektowanie kroju korporacyjnego”. Bolland udowadnia, że nie ma pojęcia o rysowaniu liter — „s” rodem z Akzidenz w oczywisty sposób odcina się duktem i kolorem od reszty alfabetu, podobnie diakrytyki. Dowodzi to, że Bolland nie przerysował ani nawet nie skorygował optycznie tych liter, a najprawdopodobniej dokonał jedynie operacji „copy–paste”.

Gdyby Bolland z polskim liternictwem „tablicowym” zrobił to, co Albert-Jan Pool zrobił z niemieckim inżynierskim liternictwem DIN, dokonując jego typograficznej adaptacji, efektem której jest rasowa, znakomita rodzina FF DIN — to byłaby to całkiem inna rozmowa. Bo DIN do FF DIN ma się tak jak Trabant do VW Polo.

Jest takie powiedzenie, że żeby być dobrym klaunem wygłupiającym się na linie, najpierw trzeba być dobrym linoskoczkiem. Albert-Jan Pool to typograficzny linoskoczek najwyższej próby, który może sobie pozwolić na klaunowanie. Bolland to partacz.

Swoją drogą nie zdziwiłbym się nawet, gdyby okazało się (choć oczywiście nie mam na to żadnych dowodów), że Muzeum Sztuki Nowoczesnej w ogóle nie posiada licencji korporacyjnej na pismo Akzidenz Grotesk.

Zupełnie osobną kwestią jest to, jak ten projekt „przystaje” do Warszawy. Moim zdaniem nijak. Identyfikacja wizualna berlińskiego biennale, mimo że mnie nie zachwyciła, to jednak oparta była na porządnym liternictwie, no a jej postmodernistyczny charakter dobrze się wpisywał w kulturowy kontekst Berlina. Poza tym była to identyfikacja wizualna imprezy trwającej 10 tygodni — i już nie ma po niej śladu.

Berlińczycy potrafili odczytać mruganie okiem zawarte w punkowej zgrzebności tej identyfikacji, gdyż sami świadomie stylizują swoje miasto w ten sposób. Identyfikacja ta sprawdziła się dlatego, że obok niej Berlin wypełniony jest też identyfikacjami iście wzorowymi, przygotowanymi wedle najlepszych kanonów sztuki. Kontrast był więc widoczny, a co za tym idzie, łatwo było odczytać zamiary twórców.

Warszawa jest zgrzebna, ale w naiwny — a nie punkowy — sposób. Warszawskie muzeum sztuki nowoczesnej nie potrzebuje identyfikacji postmodernistycznej, kontestującej powagę „rzeczywistości domyślnej”, bo warszawska rzeczywistość jest złoto-tarasowa, pałaco-kulturowa, zgrzebna, naiwna.

Do warszawskiego widza trzeba mrugać okiem inaczej. Dworco-centralnianą brzydotę należy kontestować estetyką prawdziwą, projektami naprawdę wysokiej klasy. Warszawa nie potrzebuje kolejnego autoironicznego ujmowania w cudzysłów. To było dobre w PRL-u, gdzie życie było na wskroś przesiąknięte cynizmem.

Postmodernizm dobry jest tam, gdzie „wszystko już było”. Ale Warszawa jest na początku tej drogi, nie na końcu.

Berlin może sobie pozwolić na typograficzną błazenadę, bo ma 9 linii metra i tyle samo linii SKM, bo ma przejezdne drogi, mosty i autostradową obwodnicę, bo ma banki i nienagannie ubranych polityków, których przyjemnie się słucha.

Warszawa najpierw musi zbudować poczucie własnej wartości, wyważyć elementy siermiężne elementami autentycznie pięknymi, pozbyć się kompleksów, przestać się za siebie wstydzić i zacząć być autentycznie z siebie dumną. I w mojej ocenie właśnie taki powinien być przekaz wizualny muzeum sztuki nowoczesnej.

Powyższa wypowiedź została zaczerpnięta z dyskusji na forum Goldenline i opublikowana za zgodą Autora.

Więcej w tym temacie także na stronie Roberta Chwałowskiego typografia.info


 
    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy