Woń dyskursu

16 kwietnia 2008

Trochę na marginesie, a trochę nie, przypowiastka taka sobie.

W pewnym zacnym towarzystwie rozważano kwestie zawodowe, czasem mniej, czasem więcej mądrze i udatnie. W samym kącie siedział człeczyna mizerny słuchając owej dysputy, nie do końca rozumiał w czym rzecz i o czym mowa. Z niewiedzy, z nudów, a może braku ogłady puszczał co czas jakiś bąka. Cwana człeczyna po każdym bąku sugestywnie spozierała na sąsiadów, sugerując ich prostackie zachowanie. Przebrała się jednak miara i poproszono delikwenta o opuszczenie zgromadzenia, czym naturalnie zdziwiony był niepomiernie – żaden z tych głupców go nie rozumiał, odszedł więc, smród pozostawiając, jako znak pokrzywdzenia. Aliści dnia następnego człeczyna urósł we własnej wyobraźni i chadzając po mieście chwalił wiedzę własną, podając w jakim to towarzystwie dyskursa prowadził, a przygważdzał argumentami kontrdyskutantów. Jeno spodni należycie nie wywietrzył i owe argumenta ciągnęły za nim smugą cienia. Połakniony splendoru wpadał na różne dyskursa, mniej lub więcej zrozumiałe dla jego skołatanej łepetynki i zabierał głos… bąkiem. Z czasem udoskonalił swe przemowy, dodając bekanie i gwałtowne smarknięcie z gwinta. Sława mołojca i guru rosła wraz z każdą kolejną dysputą, niestety tylko w jego małej łepetynce, inni tego tak nie widzieli. Ślepcy.


 
    • Translate to:

  • Nowe

  • Tematy