Czytanie chroni
1 grudnia 2011Czytanie regulaminów wszelkiej maści konkursideł chroni przed wpadnięciem w pułapkę, a i znerwicowaniem przy okazji.
Oto dwa, aktualnie trwające, konkursy i w obu ten sam trefny zapis o prawach autorskich, wedle którego tracisz te prawa zaraz po wysyłaniu swojej pracy.
Jeden cytat z dwu regulaminów:
„ Z dniem przystąpienia do konkursu, uczestnik zobowiązuje się przenieść na Organizatora wszelkie autorskie prawa majątkowe do pracy konkursowej dostarczonego Organizatorowi oraz prawa do nieograniczonego korzystania i rozporządzania przez Organizatora w kraju i za granicą, na polach eksploatacji określonych w art. 50 Ustawy ….”
Toż to pozbawianie, a przynajmniej próba pozbawienia, uczestników ich praw, nie znajdujące zresztą ani oparcia w prawie autorskim ani nie mająca żadnego uzasadnienia. Bo niby z jakiej racji mieliby te prawa majątkowe mieć do wszystkich przesłanych prac, przejmując na dodatek za friko?
Poczytajcie więc sobie dokładnie regulaminy obu konkursów:
1. konkurs na logo miasta Czechowice-Dziedzice
2. konkurs Krajowej Grupy Poręczeniowej na 2 znaki
Co ciekawe oba konkursy zaczęły się prawie w jednym czasie, dzień różnicy, i takiż mają koniec za dwa tygodnie circa. Regulaminy wyglądają jak kalka, podobne terminy typu ekspres jak i taka sama wysokość nagrody 4500 zł. Wychodzi że przy używaniu klawiszy ctrlC, ctrlV jednak wartało by nie tylko myśleć, ale i czytać.
Czytaj regulaminy, dokładnie, oszczędzisz nerwów.
Japisze i Typisze
8 stycznia 2011Dziwnie się porobiło w tym mediowym światku. Co i rusz sytuacja po bandzie i nie tyle względem treści, a względem form współpracy i pozyskiwania tekstów.
Awers
Media pisane, jakiekolwiek, coraz chętniej wykorzystują tzw. media społecznościowe i blogi do pozyskania materiału redakcyjnego. I to akurat nie jest żadnym złym uczynkiem, no może poza wykorzystywaniem cudzego tekstu do przerobienia na własny.
Jest tak – piszesz coś swojego w necie, jesteś więc Japiszem. Tekst się spodobał, to proszą o napisanie coś dla nich, znaczy Typisze proszą. Typisz, znaczy zleceniodawca, od – ty pisz, my opublikujemy. Wszystko jest ok, choć za free, czasem gadżet typu t-shirt, taki lans za free zwany też freelansem. Wierszówkę weźmie pewnie kto inny, za przycięcie i nowy tytuł. No, ale tak bywa i jak sprawa postawiona jasno, to nadal jest ok. Można dać, można nie dać, kwestia własnych chęci i wyboru.
Rewers
Gorzej jak tego typu teksty pozyskuje się ewidentnym stawianiem pod mur, czyli Kant o tym nie wiedział. To jest ta druga strona medalu – młodzi ludzie chcący wejść do tej pisaniny i zarobić co nieco, na własne utrzymanie, są gotowi na wiele wyrzeczeń nieświadomi, że dobra wola tylko po ich stronie. Więc japisz pisze, chciałby więcej gdzieś sobie popisać, się rozwijać, w końcu praktyka czyni mistrza, może w przyszłości zostać pisarzem, a może tylko pismakiem, jak zwał tak zwał. Startuje więc Japisz do wszelkich ogłoszeń o rekrutacji na pisanie właśnie, licząc że ktoś mu da szansę nie tylko zaistnieć, ale i na kawę zarobić.
No i trafia na taki rekrutacyjny numerek:
Jeden z Typiszów znalazł cwany sposób pozyskiwania tekstów, robiąc kilkustopniową rekrutację. Japisz ma podesłać, jak zwykle, na początek list motywacyjny i CV, a potem jakiś tekścik, ważne by oryginalny i niepublikowany, najlepiej jeszcze z serią fotek ilustrujących, specyfikacja techniczna podana. I tu jest haczyk, jak na wieloryba, musi wraz z tekścikiem wyrazić zgodę na jego nieodpłatne przekazanie, w ciepłe łapki Typisza, na wsze czasy. Brak zgody naturalnie możliwy, ale skutkuje nierozpatrywaniem aplikacji i szlus. Taka oferta nie do odrzucenia, choć ja nazwałbym to wymuszeniem, bo kolejny etap to samo. Pomyślmy i policzmy – zrobić 10 etapów, to za friko 10 tekstów jest od jednego, a jak to pomnożyć przez chętne do oskubania Japisze wyjdzie niezłe archiwum, którym to zasobem nawet można pohandlować, sprzedając prawa do przedruku innym. A wszystko za friko i na wieczność. A Ty bidny Japiszu pisz, dla chwały (he he he), bo nawet nie za czapkę śliwek. Może wygrasz, a może nie, jak w totolotka. A może… zrobią nową rekrutację, a potem nową i nowszą. Co napiszesz to twoje, chociaż nie, nie twoje a Typisza.
Tekst zainspirowany podesłanym przypadkiem odstrzału jeleni.
Ciekawym co na takie praktyki, przejmowania po wsze czasy praw do tekstu/designu z okazji rekrutacji, powiedzą spece od prawa autorskiego.
różności
Tagi: autorskie japisz media prawa rekrutacja tekst typisz
komentarze: 4
rozmyślania pod choinką
27 grudnia 2010Przyglądając się historii świata, postępowi cywilizacji, trudno oprzeć się wrażeniu, że w równym stopniu rządzi nim inspiracja na spółkę z plagiatem. Ta pierwsza część dawała podstawy do rozwoju myśli i rozwiązań, drugi element zaś, plagiat, chwałę „nowym odkrywcom”. Przesadzam? niekoniecznie, bo spójrzmy na takie odkrywanie Ameryki przez Kolumba. Nie idzie tu nawet o to kto był pierwszy i kiedy. Sprawa jest dość prosta – jak odkryć coś, co nie tylko odkryli inni, ale i podali na tacy, w postaci map. Czy rzeczywiście Kolumb nie wiedząc tylko zakładał, że tam musi być droga do Indii? A może jednak dokładnie wiedział grając znaczonymi kartami, na co są dowody, że nie tylko jest tam droga do Indii, ale i osobny kontynent na tej drodze. Ba, wiedział również jakim kursem można się do niego dostać. Nie jest przecież tajemnicą że mapy całego świata, tak tak, z wyrysowaną Australią, Amerykami i Antarktydą, a takoż Arktyką na dokładkę były dostępne PRZED jego odkrywczą wyprawą, wraz z całym zasobem instrumentarium astronomicznego (np. tablice efemeryd astronomicznych) potrzebnego do zrealizowania owej podróży.
Ot, wystarczyło wykorzystać dostępną wiedzę nie ujawniając skąd wiemy. Dochodzi więc jeszcze jeden element – prawdy, o którą tak zaciekle toczymy czasem boje, ale jednocześnie nie bardzo nam widać bywa wygodna ta cała prawda i tylko prawda, to ją sobie dobieramy, dokrawamy, wedle założeń nam pasujących, pozostałą zbędną część zamiatając chybcikiem pod dywan.
No bo, skoro już o Kolumbie i odkryciach, jakże się tu przyznać że inni coś nam podarowali, a my tylko potrafiliśmy z tego skorzystać? Podarowali, ot po prostu podzielili się własną wiedzą, szeroką i na wysokim poziomie, amy sobie najsampierw to cichcem przetłumaczyliśmy, nie mówiąc broń boże skąd to i kto autorem,podpisaliśmy własnym nazwiskiem i leci. A potem kolejny autor rzecz przekopiował ciut lepiej zilustrował i leci…. Kolejni coś dołożyli własnego, rozwinęli i tak z plagiatu gładko przepłynęliśmy do inspiracji, gubiąc z rozmysłem pierwotnych autorów. Jakby ktoś miał wątpliwości wystarczy sprawdzić kolejność pojawiania się map, dostępnych przed wyprawą Kolumba, i zawartą w nich wiedzę, a także zastanowić się skąd np. Niemiec nie znający morza ni kartografii nagle objawił światu zaskakującą dokładną mapę świata. Geniusz i jasnowidz ? No, ale wtedy nie było internetu i odkrycie plagiatu, czy zapożyczenia, nie było ani tak proste, ani tak jednoznaczne do wykazania.
Czytam sobie podchoinkowego Gavina Menziesa „1434 rok, w którym wspaniała chińska flota pożeglowała do Włoch i zapoczątkowała renesans” i patrząc z naszej perspektywy dziwię się jak można było podarować za friko i bez tantiem całą furę wiedzy. Mało furę podarowali, bo statki całe wiedzy wszelakiej, zebranej przez tysiąclecia funkcjonowania Państwa Środka, skondensowanej i przebranej, i to wszystko innemu, obcemu państwu. Zadziwiające z naszej, zapatrzonej w prawa autorskie i wynalazcze, perspektywy. Ot, przywieźli i podarowali, jakby nigdy nic. A my to skrzętnie nie tylko wykorzystaliśmy, ale i równie skrzętnie i chętnie zapomnieliśmy od kogo dostaliśmy. Dzięki temu to my białasy europejskie, takie sprytne i genialne, mienimy się autorami i odkryć, i wynalazków różnistych. Dziwny ten świat. Ale też patrząc na tę historię, w tym akurat momencie, trudno uznać że to był jedyny taki transfer, choć na pewno najlepiej poświadczony. Trudno się też dziwić chińskiemu pożyczaniu dziś nowych technologii z Europy, toż odbierają sobie, poniekąd to co podarowali. Takie machniom - my wam, wy nam. Czy oni, darowując to wszystko, byli tacy głupi? Raczej nie. Było to dokładnie przemyślane, przygotowane i zrealizowane przedsięwzięcie z długoterminową perspektywą korzyści, dla nich.
Kołacze mi się w głowie taka wątpliwość – czy zatem te nasze ochrony praw autorskich i wynalazczych nie są aby hamulcem postępu w każdej dziedzinie? Marnowaniem czasu na wymyślanie kolejnych takich samych kół, ale ciut innych, bo patenty, i ciągłym odkrywaniu dawno odkrytych lądów…. Najśmieszniejsze ze powyższa para plagiat + inspiracja funkcjonuje nadal z dobrym skutkiem, z dobrym, bo nie tylko jest to jeden, jedyny, zły skutek w postaci naruszenia cudzych praw. Zdawać by się mogło, że wszystko to bardzo dalekie od projektowania, corporate identity itp. spraw i właściwie jedyny związek to li tylko nasze współczesne podniecenie na widok kolejnego „kradzionego” czy daleko za bardzo inspirowanego znaku. Warto jednak zerknąć wstecz i zauważyć, że od początku mamy ten dualistyczny kod wpisany w design, czy się to nam podoba czy nie….
Słychać, że nic nie słychać – jak mówi moja żona. Dlatego dobrze słychać, jak nasze słychać.
PS (28.12.10) mały dodatek autorstwa Szymona Wanatowicza, zaczerpnięty z Goldenline:
Czytając „rozmyślania pod choinką” przypominał mi się inny bardziej współczesny przykład.
Odsyłam do fotografii, którą zamieściłem niedawno na Facebooku.
Krótko mówiąc, był sobie taki Xerox – system „okienkowy”, o którym dość łatwo świat zapomniał. Dzisiaj powszechnie się uważa, że koncepcję intuicyjnego, okienkowego systemu stworzyła firma Apple, a zły Microsoft ukradł ideę. Niestety, to firma Xerox dała początek myśleniu o systemie operacyjnym w kategoriach graficznych. Jak to mówi mądre przysłowie: kłamstwo, (czytaj też drobne przekłamanie) często powtarzane staje się prawdą.
ERA „docenia” ASP
15 kwietnia 2010Konkursy na znak potrafią jednak człowieka rozbawić do łez.
Oto ERA ogłosiła konkurs na redesign swojego znaku. Dla studentów, absolwentów i profesorów ASP. Pomijam że, jak zwykle, mamy do czynienia z ostrym przegięciem w regulaminie – KAŻDY uczestnik pozbywa się na jego mocy praw majątkowych do projektu na rzecz ERY. Nie pierwszy to i nie ostatni wypadek konkursowy i olewanie praw Twórców, sorry, pozyskiwanie za friko cudzych pomysłów.
Ciekawsze, a wywołujące mój śmiech, jest co innego. Na zapytanie jednego z zainteresowanych konkursem, dlaczego to to tak z tym przejmowaniem praw każdego uczestnika, przedstawiciel ERY wyjaśnił tak oto:
„Konkurs skierowany jest do studentów, absolwentów i wykładowców Akademii Sztuk Pięknych.
Profesjonalni twórcy biorą udział w konkursie, który ma formułę zamkniętą (do konkursu zaproszono wybrane agencje graficzne).”
No i sprawa prosta jak drut, wychodzi, jakby na to nie patrzeć, że absolwenci i profesorowie ASP to nie są profesjonaliści. Hahahaha. Pogratulować docenienia ASP.
O przejęciu praw majątkowych od każdego uczestnika naturalnie ani mru-mru.